środa, 21 października 2009

Coś się kończy, coś się zaczyna...

Eamonn bardzo ułatwił mi zadanie.
Przeczytał mnie jak książkę - sam zaczął rozmowę, powiedział to, co ja chciałam mu powiedzieć, i na koniec stwierdził, że jakkolwiek dalej potoczy się jego życie - on nie chce mnie w to plątać. Bo mam za dużo własnych problemów na głowie. Że ma dla mnie całą masę uczucia, ale nie chce, żebym się dla niego poświęcała, czy była z nim z żalu czy współczucia. Żebym mu obiecała, że znajdę sobie porządnego faceta, który nie będzie przysparzał mi stresów, i będzie się mną dobrze opiekował.
Coś tam we mnie wyje, że ten facet zasługuje na dobre życie, i na to, żeby go ktoś kochał, ale... to, że on na to zasługuje, nie oznacza, że to ja mam mu to dać...
To była bardzo krótka rozmowa - życzyłam mu powodzenia, przeprosiłam, że nie mogę mu dać tego na co zasługuje, i - tyle.
Coś się skończyło.
A Mark dzwoni do mnie codziennie. Pogadać, pośmiać się, być w kontakcie.
Nie poznaję go, niemal :) Odludek, który źle się czuł wśród ludzi - zaczął regularnie odwiedzać swoich sąsiadów. Rumuńskich sąsiadów :D Na których zwykł narzekać, że urządzają głośne imprezy, i którzy wyraźnie działali mu na nerwy.
Coś się w nim najwyraźniej przełamało. Zaczął się kolejny etap w jego życiu.
Może - w naszym życiu...
Weekend pokaże.

2 komentarze:

  1. W sumie bardzo dobra wiadomość :). Bo skoro sam Ci to powiedział i zdaje sobie sprawę, to jest szansa, że weźmie się za siebie. Na pewno większa, niż gdybyś to Ty mu coś kładła do głowy.

    Wiesz, tak sobie czytam te Twoje notki od jakiegoś czasu, notki na Gumochłonie to nawet od długiego. Złapałam się na tym, że próbuję się od Ciebie uczyć. Przede wszystkim niezbawiania świata. A poza tym pokazujesz mi, że jak człowiek o czymś marzy, to powinien przestać o tym mówić, a zacząć to robić.

    To podobnie, jak obserwowanie mojej Mamy, która od trzech lat walczy z nerwicą. Kiedy ona opowiada o swojej terapii i kiedy się zmienia, widzę, że pewne rzeczy robiłam tak samo jak ona i też zaczynam zmieniać. Przychodzi mi to dużo łatwiej, niż jej, bo nie zdążyłam się aż tak "zrosnąć" z pewnymi wzorcami. To tak, jakby terapia Mamy była moją profilaktyką. A potem u Ciebie znajduję dodatkowe potwierdzenie. Nie wolno brać odpowiedzialności za to, co ktoś robi sam ze sobą. Nie wolno pozwolić na to, żeby strach zapanował nad wyobraźnią. I strasznie Ci dziękuję za taki dobry przykład :).

    Prawdopodobnie zrobiłam ogromną dygresję. Ale ona jakoś tak sama mi wyniknęła z tego, co napisałaś o Eamonnie.

    A weekend już niedaleko!

    OdpowiedzUsuń
  2. Terapia matki zawsze oddziałuje na dziecko :) I - jest to dowiedzione naukowo - im wcześniej rodzic zacznie terapię, tym większe szanse, że dziecko będzie miało zdrowe zachowania, bo nie zrośnie się, jak to nazwałaś, ze złymi wzorcami.
    Jestem bardzo, bardzo mile połechtana tym, co napisałaś. Zbawianie świata było moją misją przez zbyt długi czas. Terapia wyleczyła mnie z tego w dużej mierze, ale jak widać - nie do końca :)
    To duża odpowiedzialność, wiedzieć, że ktoś uczy się na Twoim życiu. Dlatego staram się być tu (i w Gumochłonie) do bólu szczera. Nawet jeśli obnaża to moje wady, słabości i błędy. Duża jest pokusa, żeby nie o wszystkim napisać, żeby wybielić się troszeczkę :) Ale potem przychodzi ta myśl - pierdzielić to! Przyjaciele zrozumieją.
    A to, co piszesz o strachu... Jak Lupin powiedział - najstraszniejszy w strachu jest sam... strach. Te wszystkie filmy, które potrafimy sobie nakręcić we własnych głowach, najczęściej według czarnego scenariusza - nic nie jest w stanie tak sparaliżować nas przed intuicyjnym, dobrym działaniem, jak strach właśnie.
    Marzenia są człowiekowi niezbędne do życia. Ale marzenia trzeba mieć realne :) Bo jak sobie wymyślisz bógwico, to nie da się tego zrealizować, i zaczyna się frustracja i gorycz, i się obwiniamy, albo zaczynamy gonić w piętkę.
    I - ja również Ci bardzo dziękuję :) Za to, że uważasz mój przykład za dobry :) I za dialog :)

    OdpowiedzUsuń