Tak chyba najlepiej można określić to, jak się czuję :)
Takie małe ciepłe miejsce, które zawsze gdzieś tam jest, w środku...
To nie jest tak, że nie mogłabym żyć bez tego konkretnego faceta. Albo - że nie potrafię być szczęśliwa bez Niego.
Potrafię.
Ale siedząc w Jego kuchni, czytając książkę, zerkałam na Marka gotującego wczorajszy obiad (ja dla odmiany zrobiłam dziś lunch. I zostałam doceniona :PP), podśpiewującego sobie pod nosem, jak zwykle (to jest prawda - WSZYSCY Irlandczycy śpiewają :DD), I po prostu czułam się na swoim miejscu.
Mam nadzieję, że znacie to uczucie - takiej... właściwej przynależności. Ten dom, ten widok za oknem, ta osoba obok was - jakby nie było innego miejsca na Ziemi, gdzie powinniście, a co najważniejsze - gdzie chcielibyście być :)
Od dawna nie czułam się tak zrelaksowana, spokojna. Żadnych niepokojów.
I to uczucie warte jest wszelkich starań.
Wiesz, oglądałam wczoraj jakiś taki średniawy film, w którym urzekło mnie jedno zdanie: "It's not that I can't live without you. I can. I just don't want to.".
OdpowiedzUsuńCieszę się, że tak się poczułaś. Jak dobrym ludziom dobrze się dzieje, to mam wrażenie, że świat kręci się we właściwą stronę :).
A Mężczyzna Idealny musi umieć gotować. Howgh.
Wiesz, ja mu to zdanie już powiedziałam :DD
OdpowiedzUsuńBardzo je lubię :)
I jest jeszcze jedno, które bardzo lubię - To get what you want - is success. To want what you get - is happiness :)))
A gotować musi umieć :) Bo w jakiś sposób podejście faceta do kuchni, i do jedzenia w ogóle, jest powiązane z jego podejściem do seksu :)
Mój eks nie znosił gotować... :DDDD
Hmmm... W sumie to jest tajemnicze. Już się po raz kolejny spotykam z tym, że komuś jedzenie kojarzy się z seksem (mnie też, żeby nie było...). Ale to się sprawdza. Nie mam pojęcia dlaczego, ale się sprawdza. Jak sobie pomyślę o Serku w obu tych sytuacjach, to obraz jest spójny i elementy się uzupełniają :).
OdpowiedzUsuńJuż rozumiem, czemu ludzie umawiają się na randki w miejscach, gdzie się je :D.
Dokładnie :)
OdpowiedzUsuńI to nie tylko dotyczy mężczyzn - kobiet też :)
Jak sobie myślę o tych wszystkich moich eksperymentach kulinarnych... Hehe :DD I że czasem tylko na szybko coś upichcę, a czasem ceremonia cała jest... :)) I o tym, ile celebrowania może być w otwieraniu tabliczki czekolady... ;))
Taaa...
Ja na tym myślenie już skończę, bo po pierwsze jestem na diecie, po drugie mój facet jest pół Polski ode mnie :P.
OdpowiedzUsuńMiałam kiedyś pojedynek na romanse o jedzeniu. I jak dzisiaj czytam ten tekst, to nadal mam poczucie, że mimo totalnej fikcyjności jest prawdziwy :).