poniedziałek, 19 października 2009

Słońce przez deszcz, czyli tęcza znów na niebie :)

No i co?
Wybiłam sobie Marka z głowy, więc... wrócił :DD
Jak mówi Coelho - mężczyzna musi odejść, żeby mógł wrócić...
Usłyszałam wczoraj kilka bardzo miłych rzeczy. Między innymi, że jestem i zawsze byłam jego przyjaciółką. Że nigdy do końca mi nie ufał (i miał rację), ale to tylko z tego powodu, że on ma ogólnie problem z zaufaniem do kobiet... Że uświadomił sobie, że przez cały czas, kiedy byliśmy razem, byłam dla niego wyłącznie dobra.
Ma rację. Nawet, jak czasem on zachowywał się w stosunku do mnie nie fair, ja... nie umiałam odpłacać mu tym samym. No dobrze... Martin i Mike. To pewnie nie było fair. Ale Mark cały czas upierał się, że nie jesteśmy parą, że to tylko seks. Więc ja czułam się... wolna. Czy - biorąc pod uwagę to, co do niego czuję/wtedy czułam - powinnam była czuć się wolna? Aaaaa... Fuck that!
Czego oczy nie widzą... On o tym nie wie. I nigdy się nie dowie. Więc tego nie było. Amen.
Słuchałam go wczoraj przez telefon, i się trzęsłam. Taki wewnętrzny dygot. Radość, niedowierzanie i... strach. Że gra na moich uczuciach, bo ma ochotę na seks. Zapytałam go o to. Zarzuciłam mu nawet. Potem zapytałam, czy to aby nie jest znów atak depresji, i uczucie samotności, i jak mu minie, to znów zostanę odstawiona... Zarzekał się, że nie. Że chce się ze mną spotykać. Że jest jeszcze kilka rzeczy, które chce mi powiedzieć twarzą w twarz. Brzmiało szczerze. Nigdy mnie nie okłamał.
Zobaczymy. Nie mogę doczekać się weekendu...
Obśmiałam się, kiedy mi powiedział, że jego rumuńscy sąsiedzi z Enniscorthy pytali go gdzie jest jego żona, Beata. Zawsze ich lubiłam... :DD Sporo czasu podobno zajęło mu wytłumaczenie im, że nie ma żony. "A dzieci?" A dzieci mają dwie różne matki, ale żadna z nich to nie Beata :)) Taaa...
Dziś rano zadzwonił znowu. Pogadać. Pośmiać się. Być w kontakcie.
Oby tak dalej...
Aha... A sms nie doszedł, bo Mark zmienił numer telefonu :P Bo ten pacan, mój były mąż wydzwaniał do niego non stop, głównie w godzinach nocnych...

wtorek, 13 października 2009

Zabawa w Pigmaliona

Patrzę na swoje kontakty z Eamonnem i się zastanawiam - czy ja mu pomagam, czy nim manipuluję.
On sam twierdzi, że nasza znajomość zmieniła go w jakiś sposób.
Zaczął myśleć o swoim życiu, o tym jak by chciał, żeby wyglądało, co jest ważne, a co mniej ważne, i czego za żadne skarby robić nie warto.
Czasem czuję się, jakbym rozmawiała z dzieckiem, tłumacząc mu różne rzeczy. I właśnie ta jego dziecięca niewinność w postrzeganiu świata, i jego poczciwość - to te rzeczy, które sprawiają, że zależy mi na tym, żeby pomóc mu zmienić jego życie.
Problem w tym, że nie jestem pewna, czy on robi to dla siebie, czy wydaje mu się, że robi to dla mnie. I - kolejne pytanie - czy gdyby można było cofnąć czas, on dalej chciałby tych zmian, czy wolałby nigdy mnie nie spotkać...
Sam główny bohater twierdzi, że spotkanie mnie to najlepsza rzecz, jaka przytrafiła mu się w życiu, i że - niezależnie od tego, jak sprawy potoczą się dalej, nie chciałby mnie stracić, jako przyjaciela.
A ja mam nadzieję, że on nigdy nie zacznie przeklinać tego momentu, kiedy się poznaliśmy...

piątek, 2 października 2009

Dupa... czyli podsumowanie, albo nekrolog...

Urodził się 15 maja 2007 roku. Nigdy nie był stabilny. Z zapaści przechodził w stany euforyczne, i znów zapadał się w sobie. Umierał od lutego tego roku, kilkakrotnie. Widziałam dobrze zbliżający się koniec. A dziś nadszedł dzień, żeby pożegnać go na dobre, opłakać... i pochować.
Mój zwiazek z Markiem.
May the dead lie, and may the living dance...
Jolka mówi, że każdy alkoholik kiedyś w końcu wraca do nałogu. Pieprzysz, Jolka. Ten nie wróci. Wiem dobrze, poznałam go na tyle, żeby wiedzieć. Tak samo, jak nie wróci do mnie. Wykreślił mnie ze swojego życia, jak 13 lat temu alkohol. Ale w końcu sama go o to poprosiłam, nie?
Pamiętam doskonale naszą pierwszą rozmowę. Miałam cholernego doła. Zaczęliśmy gadać na skypie ok. 8 wieczorem, i... ani się nie obejrzałam, jak była 4 rano. Po tych cholernie długich latach, kiedy mój mąż sprawił, że czułam się jak nic nie warte gówno, wreszcie znów czułam się jak kobieta. Atrakcyjna. Zmysłowa. Podziwiana. Pożądana.
I tak mi już zostało od tamtego dnia.
I za to jestem Markowi cholernie wdzięczna.
I za terapię. To za jego namową zaczęłam szukać pomocy.
Za wszystkie następstwa terapii - rozwód, odzyskanie kontaktu emocjonalnego z dzieckiem, z rodziną, ze sobą samą. Kompletną zmianę swojego życia.
I wreszcie - za Irlandię. Za pierwszą wizytę tutaj. Za gościnę przez pierwsze dwa miesiące, kiedy wyemigrowałam. I za wiedzę o tym kraju.
To jest najgorsza część - gdzie nie spojrzę, wszystko mi go przypomina. Ale to minie. Jak znów będę zakochana.
Za nasze rozmowy, które były dalszym ciągiem mojej (i jego pewnie też) terapii.
Za śpiewanie w kuchni, kiedy gotował. W łazience, pod prysznicem. W samochodzie. W sklepie... :DDDD Wariat...!
Za przepis na curry.
Za najlepszy seks w całej pierdzielonej Galaktyce... Za to, że czułam go każdą cząsteczką ciała i duszy.
Będzie mi go cholerycznie brakowało.
Wysłałam dziś do niego sms, i otrzymałam raport z doręczenia - message not delivered.
Co znaczy, że mnie zablokował.
Koniec.