Powiedziałam dziś Eamonnowi, że żałuję, że się tu nie urodziłam. Albo, że nie przyjechałam wcześniej. Kilkanaście lat wcześniej.
Mewy, które drą się nad moją głową. Smród wodorostów w zatoce, podczas odpływu. 15 minut słońca, 15 minut deszczu, 15 minut słońca, 15 minut deszczu... i tak przez kilka godzin :)) Przekupki na Henry Street, i ich "Straaa'berries! Fresh straaaa'berries!". Indian, tańczących niemal naprzeciwko Poczty Głównej, gdzie w kolumnach frontonu dalej tkwią kule z Powstania 1916 roku...
Jak to jest, że od kilku miesięcy (a przecież nie minął jeszcze rok, odkąd tu jestem), kiedy wsiadam w DART, czy w autobus, i patrzę na panoramę miasta - Liffey z jej mostami, Croke Park, Fairview, Zatokę - to czuję się "w domu", jakbym była tu od zawsze...? Że idąc ulicą, mijając ludzi, którzy się do mnie uśmiechają (przeważnie), robiąc zakupy, czytając ksiażkę, przycinając żywopłot, patrząc na rudziki, czy sroki w ogrodzie - wiem, że jestem u siebie.
Boże, jak to dobrze odnaleźć to miejsce na Ziemi, gdzie się przynależy.
Dalej szukam w sobie tych zagubionych fragmentów duszy, które wyparłam, zapomniałam, pogubiłam gdzieś po drodze. Ale teraz mogę robić to z większym spokojem, bo mam swoje miejsce.
No mam :)
Moją Irlandię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz