środa, 19 sierpnia 2009

Sprawa się rypła...

No i sprawa się rypła.
Jestem obiektem poważnych uczuć. I kompletnie nie wiem, co z tym zrobić.
Tak.
Eamonn.
Pomyślałby kto, że czterdziestoletnia, z okładem, baba powinna się zorientować, kiedy przyjaźń wykracza poza granice przyjaźni. Że kilka telefonów dziennie, po godzinie, albo i dwie, to nie jest już przyjaźń. Że kupowanie (drobnych, bo drobnych) prezentów, niemal na każdym kroku, to nie jest przejaw braterstwa. Że propozycja przeciągnięcia siedemdziesięcioletniej z kawałkiem matki (bo wiesz, ona jest zwariowana, i powiedziała, że nie ma nic przeciwko temu) przez pół wyspy, tylko po to, żebym nie płaciła za autobus, to jest coś poza limitem przyjaźni...
A że nie wiem, co z tym zrobić?
Bo też się do niego przywiązałam. Bo jest dobrym człowiekiem i mnie szanuje. Bo widzę w nim też mężczyznę.
A z drugiej strony - boję się, jak cholera.
Że jak wejdę w głębszy związek z tym facetem, to cofnę się o kilka kroków na mojej drodze do własnego "ja". Że skrzywdzę jego i siebie. Że spieprzy się fajna przyjaźń, i oboje wyjdziemy z tego zranieni.
Albo, że się nam uda, a jego raczysko zabije za rok, dwa, trzy... pięć...
No i Mark. Wiem, że gdybym wpuściła Eamonna do swojego życia bliżej, niż jest teraz, byłabym w stanie zapomnieć o Marku.
Tylko nie wiem, czy tego chcę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz