Z pieprzonej zakonnicy, co to ino myślą czasem grzeszyła - rozpustnie się, panie dzieju, w tej Irlandii prowadzę :P
Co prawda, już się trochę ustabilizowało... Czasy, kiedy co dzień szłam na lunch z innym facetem, minęły :) (Tylko na lunch! Żeby nie było :PP)
Niemniej rozterki typu: "jak powiedzieć Mike'owi, że nie przyjadę na weekend, bo akurat ten weekend spędzam z Martinem" są w dalszym ciągu na porządku dziennym. No - może tygodniowym. A na dodatek cały czas mnie korci, żeby wysłać sms-a do Marka. Bo ten facet, niestety, dalej jest dla mnie najważniejszy...
I, tak naprawdę, za cholerę nie wiem, czemu nie zdecyduję się na jednego, i nie odpuszczę sobie reszty. Próbowałam jakichś bardzo głębokich przemyśleń, typu - pustkę emocjonalną sobie zapełniam... Dupa :D Ja nawet wyrzutów sumienia nie mam, że mam kilku kochanków na raz :D
W końcu doszłam do wniosku, że każdy z nich daje mi coś innego, z każdym jest mi dobrze na inny sposób - i tyle :) Jak znajdę kiedyś faceta, który ma w sobie wszystkich trzech - świetny seks i samczość alfa w stu procentach (Mark), wspólne zainteresowania, czułość i troskliwość (Martin), i wreszcie - partnerstwo, przyjaźń, nieprzekraczanie barier (Mike) - to pewnie podziękuję wszystkim trzem panom za wspaniały, wspólnie spędzony czas, i zostanę z tym idolem :) Póki co - dobrze mi tak, jak jest.
I tym optymistycznym akcentem, zakończę na dzień dzisiejszy :)
Slán! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz